Start Artykuły Rozszczep wargi i podniebienia Historia Maciusia - część druga
Historia Maciusia - część druga Email
Ocena użytkowników: / 5
SłabyŚwietny 
Środa, 04. Styczeń 2012 20:21

 Powrót do domu

7 dni po operacji ściąganie szwów (z tego co pamiętam to tylko z noska) i powrót do domu, tego prawdziwego. W czasie ściągania szwów kucałam przy Maciusiu cały czas  ale i tak płakał, choć płakał to mało powiedziane. Po wszystkim miał nieopanowane drżenie brody, co widziałam u niego pierwszy raz. Cały był mokry od potu. Przewidziałam to i mieliśmy przy sobie ubranie na przebranie. W czasie ściągania szwów Maciuś zatykając się od krzyku spazmował sylabizując „nie ła dnie”. Tak jakby chciał mnie naśladować, bo często do niego tak mówiłam gdy coś mi się nie podobało.  Jego „nie-ła-dnie” rozczulało mnie i wzruszało, tak że jeszcze chwila i razem byśmy płakali, ale na szczęście zabieg się zaraz skończył. Tato wręczył mu zaraz nową książeczkę o koparkach i traktorach - kolejny prezent od św. Mikołaja. Książeczka trochę osuszyła łzy.

Wizyta kontrolna została zaplanowana na dwa czy trzy miesiące później – gdy rozpuszczą się szwy w buzi. W drodze do domu (kilka godzin) Maciuś dużo spał. Potem przez dwa miesiące drżeliśmy by Maciuś się nie uderzył w buzię, bo operacja mogła być na marne. Wszczepiona kosteczka mogła.., no właśnie nie wiem co, wypaść? A na pewno się nie przyjąć w nowym miejscu.

Dwa miesiące potem kosteczka nadal wydawała się być na swoim miejscu. Maciuś nadal jadł tylko papki. Oprócz słoiczków i ziemniaczków z sosem jadł też ciasteczka (biszkopty) namoczone w wodzie lub mleku, tarkowane jabłko i czasami też tarkowaną czekoladę. Potem pojechaliśmy do kontroli, cały czas nie pewni czy przeszczep się przyjął. Pani Profesor od razu rozwiała nasze wątpliwości mówiąc, że gdyby operacja się nie udała i był odrzut, to od dawna czuć by to było po bardzo brzydkim zapachu.  Rozmowa nie trwała długo. Maciuś usłyszał sporo komplementów, jak to ładnie wygląda, my na wszystkie sposoby odmienialiśmy słowo „dziękuję”.

Potem pojechaliśmy jeszcze do wcześniej umówionego ortodonty w Instytucie Matki i Dziecka, gdzie ku naszemu zaskoczeniu od razu pobrano Maciusiowi wyciski ząbków - i do domu. Po tygodniu wróciliśmy po aparat ortodontyczny,  który zakładamy mu na noc i minimum 5 godzin w ciągu dnia (ale nie do przedszkola, bo może przypadkowo zostać uderzony). Trochę trwało nim zaakceptował „ciało obce” w buzi, ale wie, że to dla tego by ząbki były zdrowe i ładne. Aparacik ma kolor czerwony, jak wóz strażacki. Wmówiliśmy mu więc, że strażacy też takie noszą więc jeśli chce być strażakiem (a bardzo chce) to też musi nosić. Działa.

 

Rok po operacji

Dziś, rok od operacji, Maciuś nie pamięta, że miał rozszczep. Chodzi do przedszkola i nikt nie powiedziałby, że kiedykolwiek z jego buzią było coś nie tak. Mowę ma czystą, od dawna wypowiada nawet literkę „r” (przynajmniej nam się tak wydaje - logopedzi mówią że prawdziwe „r” wymawia się dopiero w wieku 6 lat. Jednak słowa: „krokodyl” i „traktor”  wychodzą mu perfekcyjnie. To akurat zależy od genetyki, ale bez dobrze zrobionej operacji, nie miałby czym jej wypowiadać. Efekt kosmetyczny jest rewelacyjny. Usteczka równe, nosek zadarty, blizna pod nosem to tylko drobny, trochę jaśniejszy ślad.

Aparacik na ząbki już wiele naprawił. Dzięki niemu jedynki są już na swoich miejscach, a wcześniej rosły krzywo i były ustawione pod różnymi kątami – jedna stała niemal bokiem. Gdy byliśmy u innego niż zwykle pediatry i powiedziałam, że Maciuś miał rozszczep, to był zdziwiony i dopiero po wnikliwym przyjrzeniu się uwierzył. Żadne operacje już nie są potrzebne, pozostają jedynie wizyty u ortodonty. Mogliśmy poszukać go u siebie, ale jeździmy do Warszawy do Instytutu Matki i Dziecka. Przekonałam się, że mają tam największe doświadczenie w leczeniu ortodontycznym dzieci po rozszczepach. W innych miastach robią to inaczej – wydaje mi się że mniej skutecznie. Ortodonci nie są przygotowani do leczenia małych dzieci po jednoetapowych operacjach zszycia rozszczepu wargi i podniebienia. Uczą się na własnych błędach. W Warszawie robią to niemal rutynowo. Dojazdy kosztują, ale przecież tu chodzi o uśmiechniętą przyszłość naszego dziecka.

Maciuś nie ma ząbka - dwójki. Podczas operacji lekarze wydobyli mały zaczątek ząbka który rósł w poprzek i miał być dwójką, ale nigdy nie miał szans wyrosnąć – bo nie miał na czym.

Teraz – po operacji – Maciuś ma kość, na której ta dwójka może wyrosnąć. Według pani profesor u olbrzymiej większości dzieci które miały przeszczep wcześnie (najlepiej w wieku 2,5 lat), w miejscu przeszczepu wyrastają zęby. Nie pamiętam dokładnej liczby z badań pani profesor, ale to były wielkości rzędu 80 czy nawet 90 procent. Operacje wykonane później nie są już tak skuteczne i szanse na swój ząb spadają do 40-50 procent. Liczymy na to że Maciusiowi wyrośnie dwójka gdy będzie „wymieniał” swoje ząbki na stałe.  Bez przeszczepu wyrostka zębodołowego, Maciuś byłby skazany już od najmłodszych lat na różne formy technik estetyki dentystycznej – tak ma przynajmniej szansę na własny ząb.

 



 

Dodaj swój komentarz

Imię:
Temat:
Komentarz:
  Tekst do weryfikacji. tylko małe litery bez spacji.
Weryfikacja tekstu: