| Historia Maciusia - część druga |
|
|
Środa, 04. Styczeń 2012 20:21
Strona 1 z 5 Operację wszczepienia kości do wyrostka zębodołowego opisuję mniej więcej z rocznym opóźnieniem, ale mimo to znajdziesz tu wiele szczegółów – po części dzięki notatkom które przezornie zachowałam, po części dzięki wspomnieniom, które naprawdę mocno się wyryły w mojej, nienajgorszej jeszcze, pamięci.
Przed operacją Do Warszawy przyjechaliśmy dzień przed operacją. Ta sama droga co dwa lata wcześniej (tym razem z pomocą GPS). To samo wynajęte mieszkanie, ten sam widok za oknem, tylko Maciuś zupełnie inny duży, rozgadany, biegający. Wnieśliśmy bagaże i w mieszkaniu szybko zrobił się bałagan, z którego mieliśmy już nie wyjść do końca pobytu w Warszawie. Zjedliśmy coś i poszliśmy spać. Następnego dnia, wstaliśmy w bojowych nastrojach, ale im bliżej wyjazdu do kliniki, tym bardziej robiło się stresująco. 6 godzin przed planowanym zabiegiem Maciuś mógł zjeść normalny posiłek, potem już tylko 50ml wody i nic więcej. Pamiętam jak później leżał sobie na materacu i prosił o mięsko. Nie wiedząc jak go zbyć, odpowiedziałam, że nie może go dostać bo jest zimne. On przytomnie odparł, że można przygrzać w mikrofali, na co ja, że wtedy będzie gorące, lepiej więc poczekać aż samo się ogrzeje (licząc, że zaraz zapomni). A Maciuś poważnie: ”mama dlaczego nie chcesz mi dać mięska?” Poczułam się jak wyrodna mama.
Na dwie godz. przed wyjazdem pakowanie do szpitala: odzież na zmianę i kapcie dla Maciusia, mleko w proszku, butelki, zupki i inne słoiczki (rano po operacji miał coś papkowatego zjeść). Dla siebie wzięłam termos z herbatą (choć na miejscu można sobie zrobić) i dwa jabłka.
Operacja W lecznicy byliśmy o 17. Najpierw formalności: podpisanie zgody na operację i przeliczenie gotówki (nadal nie respektowano przelewów bankowych). Potem Maciusiowi posmarowano rączki maścią Emla i godzinne czekanie aż zadziała. Siedzieliśmy i oglądaliśmy kreskówki - jakaś operacja (zawsze tylko dwie dzienne) już trwała. Poprzednim razem Maciuś też był operowany jako drugi i bałam się ze lekarze będą zmęczeni i coś pójdzie nie tak, ale nic złego się nie wydarzyło, więc teraz się nie bałam. Na salę szłam z Maciusiem. Już raz wiedziałam jak Maciuś odpływa po narkozie (wstępnej) więc nie byłam przerażona. Zagadałam Maciusia, że sala to dom św. Mikołaja i nim się zorientował już zasnął. Wyszłam i z mężem udaliśmy się do najbliższego kościoła by się pomodlić oraz do apteki - pielęgniarka powiedziała nam co będzie potrzebne po operacji - niestety dziś już nie pamiętam co to było. Potem jeszcze wizyta w mijanym malutkim sklepiku spożywczym, gdzie bułka kosztowała złotówkę co wtedy nas jeszcze bulwersowało. Gdy wróciliśmy operacja miała się ku końcowi.
|
