I jeszcze fragment z powyższego wstrząsającego artykułu
"Ale pielęgniarka wygoniła też Małgorzatę z córką, która ma rozszczep podniebienia i specjalny aparat.
Małgorzata: - Pierwsza wizyta? Chyba z dziesięć lat temu. Lekarka chodzi wokół córki i nie wie, co zrobić, a jakiś lekarz mnie przeraża, gdy na korytarzu szepcze: ona wam nie pomoże, idźcie gdzie indziej. No ale zostaję, bo gdzie mam iść, skoro prywatnie nie było mnie stać? Prawie każda wizyta wygląda tak, że lekarka coś szepcze albo się nie odzywa, albo w ogóle nie przychodzi na umówione wizyty, albo każe zęby wyrywać, a potem się rozmyśla. Miałam dosyć, gdy przyjechałam z córką kilka miesięcy temu, bo dziąsła spuchnięte, bolało. Lekarka zagląda w buzię i mówi, że nic się złego nie dzieje. Ale córka wyje, pielęgniarki to widzą i na korytarzu szepczą: uciekajcie do innego lekarza. No to idę prywatnie poza klinikę, a lekarz patrzy, chwyta się za głowę i mówi: "Jezu, dziecko, jak ty z tym bólem wytrzymałaś". Bo drut wystawał, haratał dziąsło i wbijał się w policzek. I jeszcze ten lekarz rzuca: "Kolejna ofiara dr P.!"."
